Andrzej Sekuła Operator z Wrocławia, który podbił Hollywood

19-03-2017
|
Dodał: Sylwia Zaenger
Andrzej Sekuła Operator z Wrocławia, który podbił Hollywood
źródło: Janusz Krzeszowski/wroclaw.pl
Zrobił zdjęcia do „Pulp Fiction”, jednego z najsłynniejszych filmów w historii kina, pracował z gwiazdami Hollywood – Johnem Travoltą, Umą Thurman, Christianem Bale'em, Nicholasem Cage'em.
Andrzej Sekuła opowiada o pracy operatora, miłości do Wrocławia i reżyserskich planach.

Magdalena Talik: Od lat pracuje Pan w Hollywood jako operator. Nakręcił Pan legendarny „Pulp Fiction” Quentina Tarantino. Ale niewiele osób wie, że pochodzi Pan z Wrocławiu i tutaj narodziła się Pańska miłość do kina.

Andrzej Sekuła: Pamiętam nawet swój pierwszy seans, na który poszedłem z rodzicami do kina Dworcowego – ekran, siedzenia, projektory... A pierwszą ekipę filmową widziałem, jako dziecko, gdy Andrzej Wajda kręcił na ulicy Nasypowej sceny do „Popiołu i diamentu”. Coś tam udało się nam podejrzeć, choć byliśmy przeganiani, bo przeszkadzaliśmy.

Filmem tak naprawdę zainteresowałem się w szkole. Na wagary szło się właśnie do kina, przesiedziało parę pokazów, chyba że ktoś zarządził „Zjeżdżaj, gówniarzu, bo cię kopnę w tornister”. Pamiętam kino Warszawa, być może ostatnie, gdzie pokazywano filmy na 70 mm i to wielkie tytuły! Wtedy się marzyło: „Jak byłoby to pięknie, gdyby moje nazwisko znalazło się w napisach”. Zacząłem kupować magazyny, czytałem o operatorach i w wieku 13, czy 14 lat już wiedziałem, co chcę w życiu robić.

Fascynujące, że po latach w szkole w Londynie spotkałem operatora moich ukochanych filmów z dzieciństwa – Oswalda Morrisa, autora zdjęć do „Dział Nawarony” czy „Skrzypka na dachu”…

Ale równie ciekawy jest fakt, że uczył się Pan w X Liceum Ogólnokształcącym, podobnie jak Janusz Kamiński, operator Stevena Spielberga. Czy również podobnie jak Kamiński był Pan fanem Studenckiego Klubu Filmowego w Pałacyku?

Nie spotkaliśmy się w szkole, Janusz Kamiński jest młodszy… W zasadzie wtedy chciałem być fotografem, bardziej interesował mnie obraz. Dziś żałuję, że nie traktowałem fotografii jako narzędzia do dokumentowania powojennej historii Wrocławia. Gdy znajduję teraz moje negatywy z tamtych lat i oglądam stare, odrapane domy, ze śladami po kulach, albo konne wozy rozwożące węgiel uświadamiam sobie, że to coś niesamowitego. Kompletnie inny świat, egzotyczny. Ale wtedy patrzyłem raczej na artystyczną fotografię i naśladowałem prace znanych twórców. Filmem zajmowałem się natomiast bardziej teoretycznie.

Operator nie był prestiżowym zawodem?

Raczej niepoważnym. Rodzice wiedzieli o moich planach i nieustannie ubolewali: „Synu, czyś ty zwariował?”. Woleli, żebym wybrał geografię albo ekonomię. W liceum trzymałem wszystko w wielkiej tajemnicy przed kolegami, a sprawa wyszła na jaw dopiero, gdy wypełniałem dokumenty do łódzkiej Filmówki, bo to była wtedy jedyna droga do zawodu.

Zdawał Pan do tej słynnej szkoły sześć razy, bez sukcesu. Jakie to uczucie usłyszeć po raz kolejny: nieprzyjęty?

Straszne. Mijają kolejne lata, filmówkę kończą już ludzie, z którymi składałem papiery, potem kręcą już pierwsze filmy...

Dlaczego tyle razy nie udawało się Panu?

Mam wrażenie, że przygotowywałem się z determinacją, ale często w złym kierunku. Tak bardzo interesowałem się sztuką, że czytałem książki, w których rozważano symbolizm „Damy z łasiczką” Leonarda da Vinci, analizowałem zdjęcia rentgenowskie. Dużo się nauczyłem i to była dobra wiedza, ale w tamtym momencie niepotrzebna. Potem się jednak opłaciła.

CZYTAJ DALEJ
autor tekstu: Magdalena Talik/wroclaw.pl

 

InWroc.pl InSilesia.pl Graviteo Encja.com inNews.pl